środa, 24 grudnia 2014

Rozdział 3. Czarna melancholia.

   Hej kochani! Następny rozdział leci w wasze ręce! Miłego czytania ^_^


Zadzwoniłem do Kate. Wiedziałem że jest zajęta, ale chciałem usłyszeć jej głos.  Choć na chwilę. Modliłem się w duchu aby odebrała. Tupiąc nerwowo czekałem aż odbierze.  Cholera. Odbierz! Odbierz!
*** Rozmowa***
K:  Cześć kochanie . Jestem zajęta , oddzwonię za pół godziny. Buziaki!
Rozłączyła się.  Westchnąłem głośno.  Rzuciłem telefon na kanapę, i zaraz poszedłem w jego ślady.  Rozsiadłem się na miękkim materacu. Oparłem głowę do tyłu. Serce wciąż biło mi nie spokojnym rytmem.  Gdy człowiek jest sam w domu to nie zawsze słychać dziwne głosy dochodzące z jego łazienki. Więc, musicie zrozumieć że mimo realistycznego , rzeczowego podejścia do życia trochę się boję.  Włączyłem telewizor. Właśnie leciał jakiś idiotyczny program. X- Factor. Jakiś mężczyzna na szpilkach śpiewał wzniośle piosenkę o tym jak jego wielka miłość łamie mu serce. Zaśmiałem się. Nie jestem tolerancyjny, ale nie jestem też homofobem który nie ma piątek klepki w głowie. Prychnąłem jak ujrzałem, że z jego mocno pomalowanych oczu ciekną ciemne stróżki łez zmieszanych z tuszem . Cała widownia zaczęła bić brawo i żywiołowo wiwatować. Pomyślałem sobie że ten świat schodzi na psy. Przełączyłem.  Jakiś program kulinarny. Niepokój wciąż dawał mi się we znaki.  Mimo tego, że odrobinę się rozluźniłem oglądając ten „zaczarowany świat show-biznesu i telewizji” , nie mogłem się do końca uspokoić.  Słysząc nawet najmniejsze stęknięcie lodówki drżały mi dłonie.   Tak spędziłem kolejne pół , i kolejne pół… Kolejne 2 godziny. Jedynie 10 minut postanowił mi dać Bóg na chwilowe zbawienie. Tak jak obiecała, zadzwoniła. Rozmawialiśmy. Chciała dłużej utrzymać kontakt przez telefon ale niestety musiała wracać na wykłady. Była księgową…raczej szkoliła się na nią. Rachunkowość to nie moja bajka. Zdecydowanie.  Studiuje zaocznie. Więc w weekendy co dwa tygodnie.  Ambitna z  niej kobieta i właśnie to mnie w niej pociąga.
- Pociąga…
Odwróciłem się nerwowo wyrwany z zamyśleń.
- Kurwa.
Odparłem patrząc się w otwarte drzwi łazienki.
- Przecież je zamykałem.
Pomyślałem głośno.  Podszedłem do nich i delikatnie zamknąłem. Był tylko mały problem. Nie chciały ze mną współpracować.  W pewnej chwili straciłem cierpliwość , ciskając je z całej siły tak, że aż trzasnęły z hukiem. „Uff.” Pomyślałem zadowolony z siebie. Odszedłem pewnym krokiem w stronę kuchni. Dam sobie radę. Jeszcze godzina samotności. Jeszcze tylko godzina.
- Wychodzę.
Powiedziałem głośno i wziąłem kurtkę z wieszaka.    Myślałem że te chore akty znikną,  byłem głupi czekając w domu. Mogłem od razu wyjść. 
- Wychodzę i wracam za godzinę. Zaraz wszystko się ułoży….Kate przyjedzie i wszystko wróci do normy…
- ….dooo….do normy?
Tym razem mój strach sięgnął zenitu.  Poczułem na swoim karku oddech  , a głos majaczył tuż przy moim uchu. Coś dotknęło mnie. Pogłaskało po głowie.  Ręka tajemniczego bytu spływała po moim zesztywniałym ciele.  Zamknąłem oczy , zacisnąłem wargi. O ruszaniu się nie było nawet mowy. Odczuwałem wrażenie zamrożonych  mięśni. Każdy z osobna, jakby przeszyty lodem. Moje skronie pulsowały. Słyszałem...jestem pewien na 100%. Może nawet zwariowałem?!  Głos.  Ten tajemniczy głos. Niski. Mroczny, zły. Nikt nie chciałby się znaleźć na moim miejscu.  Wziąłem głęboki oddech zaczerpując powietrza do swoich ciężkich płuc.  Z trudem unosząc klatkę piersiową wciągnąłem tlen spierzchłymi ustami.   Rozluźniłem się nieco próbując oczyścić umysł z negatywnych myśli które zakrzątały mną od dawna. Przez 3 lata zaszyte w najgłębszych skrawkach mojej głowy.  Uwolniły się dopiero nie dawno uderzając z podwójną siłą.   
- Nie bój się.
Przełknąłem głośno ślinę. Poczułem jak czyjeś pazury przebijają mi skórę na karku wchodząc głębiej przeszywając moją tkankę kawałek po kawałku, rwąc moje ciało od środka, miażdżąc po kolei  każdy krąg. Upadłem. Wijąc się z bólu jak osika. Zacisnąłem dłonie w pięści. Gorączkowo rozglądałem się po … chwila moment…
- Aaaa!!!!
Ryknąłem chwytając się za krwawiące plecy. Wokół mnie nie było nic. Tylko jasność która biła w moje oczy bezlitośnie.  Nie zamykałem ich. Patrzyłem. Jakby cos mi kazało wciąż patrzeć. Powieki nie chciały opadać.  Czułem że ich nie mam. Nie mam powiek! Co się dzieje do cholery?!!  Krwawymi dłońmi  zbadałem swoją twarz dokładnie. Wszystko na swoim miejscu…Dlaczego nie mogę zamknąć moich oczu?! Nawet zmrużyć.?! 
Słone, ciepłe krople spadały mi po zimnych policzkach. Z tego co zauważyłem byłem całkowicie  nagi. Nie wiem jakim cudem…kiedy mdlałem miałem na sobie ubrania…nawet już zapomniałem jak wyglądały. Czy były miłe w dotyku, czy może szorstkie jak papier ścierny? Czy to były dżinsy, czy dresy? Jaka była pogoda? Jak wygląda mój własny dom? Kim JA jestem? Czym…czym jestem?
Rzewnie płakałem przez cały czas, nie znając przyczyny swojego pobytu w tym zaklętym miejscu. „Więc tak umrę?” przewinęło mi się przez myśl a wtedy na dobre łzy zalały moje suche oczy. Najgorszy był fakt że wciąż , bez przerwy byłem rozdzierany przez jakieś monstrum którego nie widziałem…i nie miałem na to najmniejszej ochoty sądząc po dźwiękach jakie wydawało z pewnością nie było tęczowym kucykiem z Królestwa Przyjaźni.
- Zostaw mnie! Zostaw !!! Kate!!!! Kate!!!
Ryczałem w niebo głosy , wyginając szyję w nienaturalny sposób. Znowu ta muzyka…ta muzyka z moich snów powróciła…Ta ja…śniłem się samemu sobie. Teraz już wiem…przypomina mi się ta scena…to siebie widzę w snach…Tak wiele razy od kilku tygodni to właśnie była wizja mojej śmierci. To były moje krzyki. Krzyki rozpaczy, tak odległe, coraz bardziej niedosłyszalne…Chcę już umrzeć.
- Aghhh!
Czarne szpony chwyciły mnie za włosy mocno przy tym ciągnąc.  Zbliżyło się do mojego ucha. Czułem to! Czułem jak przygryza moją skórę w brutalny, niehumanitarny i ohydny sposób wyszarpując mi kawałek twarzy.
- Po co do tego wracałeś głuptasie? Tej sprawy już nie maaa…haha..aha.
- To sny…to przez snyyyyyy! On cierpi przez sny …Sny… Wizje. One go zabiją…!!! \
- Zamknij się…Oni tu są! Jestem tu…I on też ze mną jest!!! On też tutaj jeeeeeeeeeeeeeeeeest!!!!!!  
Coś z całej siły pchnęło swoje ostrza w mój kark krzycząc.
- Sny, sny, sny, sny, snyyy…One cię zabiją …
Rzekła postać o długich blond włosach… dziewczyna. Była młoda. Piękna. Jej niebieskie oczy świdrowały. Pełne radości. Uśmiechała się ciepło…przypominała mi Kate. Moją kochaną Kate!  Chcę do niej…pragnę jej ramion…zapachu…całego ciała. Głosu który tak koi moje nerwy... Czekoladowych , hipnotyzujących oczu wpatrujących się we mnie z taką miłością…
Zjawa zbliżyła swoją  twarz. Wyszczerzyła zęby. Wyszeptała coś. Coś czego nie byłem w stanie usłyszeć.  Podniosła głos o ton wyżej.
- One cię zabiją…Dan.
Uśmiech zniknął jej z twarzy. Zmarszczyła brwi.  Z jasnych włosów okalających delikatnie rysy dziewczyny, zmieniły się w kruczoczarne , pozlepiane w strąki , długie niczym macki  i gęste.  Na moich oczach  twarz zaczęła stawać się zdeformowana, bezkształtna, dosłownie mrożąca krew w  żyłach. Różowe, małe usta przyjęły kształt jakby  otworu ze zgniłej skóry  wyrytego w niewinnej dotąd twarzyczce.
- NIC JUŻ NIE WRÓCI DO NORMY!
Ryknęła śmiejąc się w niebogłosy. Uniosła ręce w górę. Wyglądała złowieszczo. Okropnie, przerażająco.  Była naga.  Kawałki jej zgniłej skóry odklejały się od ciała opadając z oślizgłym mlaśnięciem na niewidoczną podłogę.  Dłonie… raczej same pożółkłe kości zwinęły się w pięść.  Mój oddech drżał, klatka piersiowa poruszała się szybciej niż zwykle.  Potwór zbliżył się do mnie w sekundę dotykając mojej poszarpanej twarzy. Jęknąłem z bólu który rozszedł się po całym ciele.
- Tenebris.  Zostaw. On jest MÓJ.
Odtrąciła szkaradę. Wtedy ją zobaczyłem…a raczej TO.  Przypominało mi pająka. Poruszało się zwinnie, zgrabnie stawiając kroki swoimi czterema kończynami. Czarne, rzadkie włosy opadały mu na twarz.  Mimikę jaką tworzył ten twór przypominała uśmiech. Choć nie byłem do końca pewny czy był  to na pewno uśmiech czy może grymas niezadowolenia.  Krążył wokół mnie odstawiając jakieś dziwne ruchy.  Próbował wstać, ale nie mógł. Kończyny które miał na plecach i karku ciążyły.  Patrzył się łapczywie na moje ociekające krwią plecy. Oblizał długie szpony .  Zamknąłem oczy. To jest chore. To jakiś koszmar. Wcześniej wszystko widziałem ze mgłą. Nie dokładnie. A teraz  … to było tak realistyczne. Tak prawdziwe, że byłem gotów pożegnać się  z życiem.
- Ma takie ładne…żeberka…
Zachichotał psychodelicznie . Skrzywiłem się czując  dość niekomfortowy brak skóry i mięśni na plecach. Nie bolały już . Nie przejmowałem się tym. Głupie, prawda? Co ja w ogóle pieprzę?! Zaczynam tracić trzeźwe myślenie…Kiedy wreszcie umrę?
-  Zabiję go. Już się nie obudzi… Jest we śnie. We śnie w którym zostanie na zawsze kiedy już wyrwę mu jego serce…bijące…małe…bezbronne serce…
Ciągnęła „dziewczyna”  patrząc na czarne paznokcie. Mówiła to w taki sposób jakby opowiadała o  swoim byłym chłopaku który ją rzucił dla innej, ale ona się już nim nie przejęła.  Była wyluzowana. Nie spięta.   Wręcz rozbawiona.
-…a będę mógł go zjeść? Te kości...takie chrupiące…i jego dusza. Ciepła, miła, dobra dusza…ahhhh… pragnę tej duszy… czysta duszyczka…zbawienie…
- Ciało zostawię tobie, ale  duszą się podzielimy.
Ułożyła „usta” w uśmiech.  Przeszedł mnie dreszcz. O czym oni mówią? Kim są? Tenebris? Otarło mi się o uszy, ale ona? Kim ONA jest? Odzwierciedleniem śmierci? Czyli na mnie już czas? Pójdę do Piekła? Różne rzeczy przeszły mi przez głowę.  „Tej sprawy już nie ma”… chodziło mu o…o tą sprawę z przed 3 lat? Anniki Rupert? Zabójstwo… widok jej zmasakrowanego ciała , ścianach w pokoju oblepionych krwią. Zapach śmierci w powietrzu…  
PIP PIP PIP PIP
- Co jest do cholery?!! Wracaj tu!!!!! Nie uciekniesz panie policjancie od siedmiu boleści…WRACAAAAJ!!! Skończysz jak on!!!
Oboje wyciągnęli w moją stronę kończyny. Zacząłem się unosić. Całe moje ciało  pulsowało przeszywającym zimnym bólem. Chwyciłem się za głowę  krzycząc . Myślałem że moje ciało zaraz eksploduje…rozsadzało mnie od środka. W dole widziałem już tylko dwie czarne poświaty… Zamrugałem. Wreszcie.  Wreszcie mogłem zamrugać.
 PIP PIP PIP PIP…Dan? Dan?  
Ciche pikanie wymieszało się z głosem.  Coraz wyraźniejszym… To Kate. To głos mojej Katy…
- CO?!!
Krzyknąłem gdy zacząłem spadać w dół. O nie!!!  Leciałem z zawrotną szybkością. Nie chiałem tam wracać! Nie chcę wracać do tego…Nie poradzę sobie!
-Katy! Kateee! Kate! Słyszysz mnie?!!! Kateeee!
Ryczałem gorączkowo.  Po chwili uderzyłem o podłoże. Jakimś cudem było miękkie…jak pościel…materac…kołdra…
PIP PIP PIP PIP
Ale co to za dźwięk? Nie rozpoznaję  go…
- Danny? Dan? Ty żyjesz…ty żyjesz mój Boże ! Ty żyjesz …żyjesz…Myślałam…Jezu, walić to, ŻYJESZ!
Poczułem jak czyjeś ramiona obejmują mnie lekko. Zwilżyłem wargi, uchyliłem jedną górną powiekę, potem kolejną. Moja zatroskana żona leżała przy mnie łkając i wtulając się w moją pierś. Odetchnąłem. Pogłaskałem ją po głowie. Mój oddech był płytki, ale w miarę stabilny. Więc nie umarłem? Czyżbym żył? Czy to był tylko zły sen?  Poruszyłem się. Jęknąłem…moje plecy…
-  Spokojnie kochanie… Poradzimy sobie. Ze względu na wszystko będę cię kochać.
Chciałem jej powiedzieć…powiedzieć że też ją kocham…żeby została przy mnie…ale nie mogłem. Wypowiedzenie prze ze mnie jakiegokolwiek słowa … byłoby drogą cierniową… Twarz.  Czułem na niej bolesny ucisk bandaży. Dokładnie lewą część okalał biały materiał. Dotknąłem go.  Do oczu podeszły mi gorzkie łzy rozpaczy …spodziewałem się najgorszego...

1 komentarz: